|
|
Relacja z warsztatów "Najpierw wytresuj kurczaka" 28.IV-1.V.2007, Rancho Stokrotka
Klara Naszarkowska
Kury są the best! Nie wiem, czy "w ogóle", ale jako uczniowie na pewno. Albo raczej nauczyciele? W końcu to tylko od punktu widzenia zależy: kto kogo uczy, kto kogo klika... Ja kurę, czy kura mnie?
Kurs stokrotkowy "najpierw wytresuj kurczaka" (pomysł za Bobem Baileyem) w każdym razie odbył się. Fajnie móc poćwiczyć swoje umiejętności klikacza na uczniu, którego się nie zna, nie ma się relacji socjalno/emocjonalnej (tzn. ludzie zasadniczo swoje podopieczne kury polubili), który nie zgaduje, co człowiek miał na myśli i odpowiada dokładnie na sygnalizację faktyczną, a nie to, co człowiek sobie umyślił. Oj, dobre takie kury do nauki!
Myślę, że i trochę popracowałam nad techniką, timingiem, koordynacją. i poćwiczyłam myślenie "strategiczne". Jak mieć cel, jak wymyślać do niego drogę, jak modyfikować plany w odpowiedzi na zachowania kury. Jak wcześnie wychwytywać moment skręcenia w ślepy zaułek, którą strategię kiedy zastosować. Kiedy poczekać, aż zwierzę coś tam sobie poanalizuje, popróbuje, kiedy dodać wzmocnień i podnieść motywację, kiedy podpowiedzieć, a kiedy lepiej nie. Kiedy kończyć sesję. Jak się dopasowywać do różnych osobowości (tu: kurzych).
(Bo kury mają osobowości i się różnią. Oczywiście część różnic, które było widać w trakcie szkolenia to było tylko odbicie różnic osobowości i umiejętności szkolących. Ale też było widać, że jedne kury są bardziej ruchliwe, inne mniej, jedne się potrafią na dłużej skupić, inne na krócej, rozpraszają się bardziej lub mniej, więcej zauważają lub mniej, łatwiej się niepokoją, lub mniej... I tak dalej...)
Na kursie podbudowa teoretycznie była jak tak jak i poprzednio rzetelnie i komunikatywnie przekazywana w ciągu codziennych wykładów. Repetitio est mater studiorum - co piszę jednak żartem, bo mimo, że ciągle wraca się do tych samych podstawowych zasad, to zawsze rozmowa skręca na nieco inne tory, omawia się nieco inne aspekty, różny jest wkład uczestników... Tak więc był wtedy czas i na podzielenie się przemyśleniami i doświadczeniami, i na zadawanie najdziwniejszych pytań.
Na samym początku poćwiczyliśmy trochę na sobie nawzajem. Wczucie się w rolę i klikającego, i klikanego, potrafi wiele uzmysłowić i na drugą stronę otworzyć oczy. Poćwiczyliśmy też na sucho klikanie (klikery przymocowane do chochli), dawanie ziaren (bez rozsypywania wszystkiego), timing itd. Nauczyliśmy się kury nosić, obchodzić z nimi... Czyli do roboty wszyscy zabrali się wstępnie przygotowani...
Kurę każdy dostał "własną" na cały kurs, dobór odbył się przez losowanie. W sumie to najsprawiedliwsze rozwiązanie. I nieskomplikowane. Moją podopieczną została Frania czyli Francesca. Dość żywa, bystra, chciaż czasem wpadająca w stan kontemplacji wewnętrznej. Trochę gadała, zwłaszcza jak miała własne zdanie, odmienne od klikającego, ale nie tak jak KoKo... Naszymi towarzyszkami „od jednego stołu” zostały Justyna i jej Lukrecja czyli Gwiazda. Prawdziwa Gwiazda! Która zawsze była pierwsza przy drzwiach kurnika, pierwsza przepychała się do wyjścia z klatki (jak za wolno ją wyjmować, to dziobała!), zawsze gotowa do sesji, protestująca przeciwko końcowi lekcji (jakoś dziwnym trafem wyrywała się zawsze tylko w drodze do klatki...). Czyli jak to Anthony z RHCP śpiewał: „I’m slow to finish but I’m quick to start”. No może on nie naukę na R+ miał na myśli – ale reszta się zgadza ;-) Skupiała się dowolnie długo, uczyła szybko i widziała wszystko. Bystrzyca taka.
Ptaszyska były już wstępnie przygotowane, przyzwyczajone do ludzi, do miejsca nauczania, czyli stołów, do łyżek, z których dostawały ziarno, miały wstępnie uruchomione klikery (czyli asocjacja klik-ziarenko mniej więcej działała działała). Myśmy musieli najpierw utrwalić ten związek. A potem zacząć uczyć pierwszej umiejętności, czyli dziobania w target vel żółtą kropkę na linijce. Pierwsza klikana umiejętność to zawsze duży przeskok. Bo zwierzę musi załapać, że klik-nagroda zależą od jego działań. Różne były ścieżki, różnie to różnym parom kurzo-ludzkim szło, ale wszystkie się nauczyły dziobania kropki. Co zostało jeszcze u wszystkich kur zgeneralizowane, to znaczy miejsce położenia targetu przestało mieć dla nich znaczenie.
Kolejne zadania do wyuczenia dostawaliśmy już różne:
Tak więc kury różnych rzeczy udało nam się nauczyć. Ale to tak naprawdę było najmniej istotne (nie o założenie cyrku w końcu chodziło). Ważniejsze, że myśmy się uczyli, jak dobrze uczyć. Grupa była mieszana - i nieklikający nigdy wcześniej, i klikający z psami lub końmi. A zabawa była przednia :-)
Podsumowując, główna refleksja jest taka, że to szkolenie kuraków, to było dla mnie jakby wypreparować samo klikerowe sedno. Ze swoim koniem (psem pewnie też) trudno odrzucić bagaż: to, co się o zwierzu wie, co się wydaje, że się wie, co było wcześniej, czego chcemy na później, w które ścieżki się już wlazło, całą relację, historię... Daleko się odwędrowało od stanu tabula rasa i to se ne vrati... Więc takie kurze doświadczenie cenne, oj, cenne.
I chyba najbardziej pouczające w całym tym szkoleniu kury było to, co mi nie za bardzo wyszło: czyli wyklikanie obrotu w lewo. Presja żadna (co ułatwia naukę), bo jak nie będzie się kręcić ptaszysko, to się zupełnie nic nie stanie. A wchodzenie w ślepe zaułki b. pouczające. Wyraźnie sobie mogłam obejrzeć, jak każda strategia miała swoje plusy i minusy (na strategię bez minusów póki co nie wpadłam - albo po prostu poległam na technice).
Jak klikałam samo obracanie głowy (chciałam z tego obrót kształtować), to się kura tylko gapiła coraz bardziej w bok. Wniosek: trzeba brać pod uwagę naturalne cechy uczononego obiektu i nie lecieć schematem, że jak to u konia działa, to i u kury będzie. Te dwa gatunki mają różną skręcalność głowy ;-)
Potem próbowałam klikać stawianie kroku w bok. Koncepcja może i była lepsza, ale chyba za wcześnie klikałam, bo zaczęłam dostawać kuro-czaplę, czyli kurę na jednej nodze :-o Wnioski: może lepiej za wcześnie kliknąć, niż za późno, ale jak się nie zacznie podnosić kryteriów w porę, to można wyklikać trochę nie to, co by się chciało... No i trzeba patrzeć na całokształt. A to trudne, jak się człowiek zagapi na jedną część kury (czy kogo się tam uczy).
Kolejny pomysł, to klikać kurę za odwracanie się ode mnie. Wracanie do mnie (hm... to znaczy do chochli i ziarenek...) klikane być nie musiało, bo to akurat kura jak najbardziej robić chciała. No i wszystko pięknie, tylko, że tak mocno to wzmacniałam (znowu: bez podniesienia kryteriów w porę, albo chociaż zmiany miejsca), że się kura zafiksowała w nieruchomości pomnikowej. I wcale nie było łatwo ruszyć ją potem z miejsca, nawet jak zalążki obrotów zaczęły się pojawiać, to były na raty. Wniosek: jak klikasz zachowanie aktywne, nie nagradzaj bezruchu ;-) I podnoś kryteria, bo to żadna przysługa, jak spowodujesz, że uczeń utknie na jakimś etapie.
Wniosek czwarty: warto uczyć (przynajmniej na początku) tego, co uczeń chce robić. Gwiazda Lukrecja przecież sama na obroty wpadła - i wzmocnienie tego okazało się stosunkowo proste! (Wniosek z wniosku: nauczyciel musi wykazać się zmysłem obserwacji. I tymi dobrymi cechami klikerowca, co zwykle, bo bez nich, to klapa tak czy inaczej.)
BTW - ciekawe, ile czasu zajęłoby mi odkręcenie własnych błędów?
To nasza banda świrów, albo inaczej: ludzi, którzy są chcą się uczyć i są otwarci na pojawienie się nauczyciela nawet pod dość nieoczywistą, opierzoną postacią. Którzy nie boją się nowego i nieznanego. Generalnie: bardzo fajna grupa się zebrała :-) A grupa to więcej niż suma jednostek.
Z tym że punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia... Ja wiem, że tak jak myśmy patrzyli jak na ufo na panie, które przychodziły jeździć konno, ubrane w poncho i złote mokasyny, lub baletki i trwałe coś na głowie, tak myśmy musieli wyglądać na pacjentów szpitala dla wariatów... Gęby usmolone (jak się przychodzi rozgrzać do ogniska...), ciągle głupio roześmiane, mowa nieskładna i niezrozumiała, miotają się, kury noszą, blaszkami klikają...
Filmy:
